piątek, 4 grudnia 2009
sobota, 21 listopada 2009
Zniknięte miejsca.
Post będzie z tych refleksyjnych. Wycieram różne kąty Warszawy, trwonię zdrowie i czas w różnych mniej lub bardziej przyjaznych miejscach już blisko 5 lat. Mało to albo dużo, nie wiem. Piąta część życia ostatecznie. I taka refleksja mnie w środku nocy trafiła, że dwóch z tych miejsc już nie ma. Jedno się zamknęło, drugie w niejasnych okolicznościach poszło z dymem. Jedno się reaktywowało w nieco zmienionej formie, drugie za chwilę wypłynie w nowym miejscu. I niestety muszę tutaj powiedzieć, że to nie będzie już to samo. Chyba, że poświęcę kolejnych pięć lat na wydeptywanie ścieżek w te nowe miejsca. I przez kolejnych 5 lat będę się tam upijał, zakochiwał, poznawał nowych ludzi, kończył znajomości niewarte kontynuowania, robił z siebie durnia, przeżywał wzruszenia, słuchał dobrej muzyki, czy po prostu 'w wolnych chwilach spędzał czas'. Być może to znak, że czas skończyć studia, dorosnąć albo coś jeszcze gorszego. Przeprowadzałem się kilkakrotnie w obrębie Warszawy, zmieniając często dość radykalnie okolice. Robiłem zakupy w innych sklepach, jeździłem innymi windami, nie poznawałem sąsiadów w coraz nowszych miejscach, zasypiałem w autobusach innych linii nocnych, grzałem tyłek w innych parkach i ogrodach, zapraszałem kolegów na piweczko i ze zmiennym szczęściem dziewczęta do nowych mieszkań. Nigdy jednak nie odczuwałem tak tych zmian, jak faktu że z mapy nocnej Warszawy zniknęły dwa cholernie istotne miejsca. Zostało na szczęście jeszcze przynajmniej jedno. I niech trwa.
wtorek, 3 listopada 2009
Vega
mKolejna wędrówka kulinarna. Tym razem przy alei Jana Pawła Drugiego szukałem miejsca gdzie mogę tanio, smacznie i szybciej zjeść. Mijam te makdonaldy, pierogarnie itp i nagle trafiam wąziutkim przesmykiem na podwórko. Do wejścia w nie zachęcił mnie skromny szyld dający nadzieję, że będę za chwilę mógł zjeść wg wspomnianych wymagań.
Vega to miejsce z tanim, smacznym jedzenie wegetariańskim. W menu można znaleźć potrawy bardzo pospolite, ale też takie, o których rzadko się słyszy i rzadko ma się okazje je trafić w innych knajpach. Do tego atmosfera. Do tego ceny. Do tego cel, bo jak można przeczytać na stronie:
Vega to coś więcej niż restauracja, dochód ze sprzedaży posiłków jest bowiem w całości przeznaczany na akcję dożywiania potrzebujących dzieci. Konsumenci, zakupując obiad, dokładają swą cegiełkę do prowadzonej przez Fundację „Pożywienie – Darem Serca” akcji wspomagania ubogich dzieci z rodzin wielodzietnych, patologicznych, bezrobotnych.
Nie jestem wegetarianinem i nigdy raczej nie będę. Natomiast będę zaglądać do Vegi.
Al. Jana Pawła II 36c
Vega to miejsce z tanim, smacznym jedzenie wegetariańskim. W menu można znaleźć potrawy bardzo pospolite, ale też takie, o których rzadko się słyszy i rzadko ma się okazje je trafić w innych knajpach. Do tego atmosfera. Do tego ceny. Do tego cel, bo jak można przeczytać na stronie:
Vega to coś więcej niż restauracja, dochód ze sprzedaży posiłków jest bowiem w całości przeznaczany na akcję dożywiania potrzebujących dzieci. Konsumenci, zakupując obiad, dokładają swą cegiełkę do prowadzonej przez Fundację „Pożywienie – Darem Serca” akcji wspomagania ubogich dzieci z rodzin wielodzietnych, patologicznych, bezrobotnych.
Nie jestem wegetarianinem i nigdy raczej nie będę. Natomiast będę zaglądać do Vegi.
Al. Jana Pawła II 36c
wtorek, 13 października 2009
niedziela, 11 października 2009
"Punki, kurwy, terroryści"
Z wycieczek po klubach można wiele wynieść. Szklankę, nową znajomość, alkohol we krwi. Myślę, że wiele osób zgodzi się ze mną, że bardzo ciekawe napisy, wlepki oraz wszelkiego rodzaju ślady można odkryć na ścianach w toaletach klubowych.
Niedzielny wieczór spędziłem w miłym gronie w klubie Plan B na moim ulubionym placu stołecznym, czyli na Placu Zbawiciela. Przy kolejnej już podróży do męskiego odkryłem na ścianie wesołą vlepkę o treści:
"Fonobar - punki, kurwy, terroryści"
Nic mi się nie zgadza i się nad tym teraz mocno zastanawiam. Chyba, że się zmieniło od czasu jak byłem tam ostatnio...
Niedzielny wieczór spędziłem w miłym gronie w klubie Plan B na moim ulubionym placu stołecznym, czyli na Placu Zbawiciela. Przy kolejnej już podróży do męskiego odkryłem na ścianie wesołą vlepkę o treści:
"Fonobar - punki, kurwy, terroryści"
Nic mi się nie zgadza i się nad tym teraz mocno zastanawiam. Chyba, że się zmieniło od czasu jak byłem tam ostatnio...
poniedziałek, 5 października 2009
Buda z ciastkami na Świętokrzyskiej.
Na jednym z rogów ulicy Świętokrzyskiej i ulicy Marszałkowskiej sprzedawane są kebaby, których jeść bałbym się. Obok jest zejście do metra, z tym nie mam kłopotu żadnego. A po drugiej stronie jest coś bardzo ciekawego. W jednym z bardziej ruchliwych punktów Śródmieścia stoi sobie skromna budka z różnymi wypiekami. Ciastka, wafle i takie tam. Przepadam za tymi z dynią, sezamem i rodzynkami. Bez kitu.
wtorek, 22 września 2009
Widoki są raczej nieciekawe.
Wiadomo powszechnie, że tarasy widokowe są po to żeby złapać dziewczynę za to co pod ręką akurat albo popatrzeć na widoki. Pierwsze się zgadza, bo na tarasie (tak to chyba można nazwać) na Starym Mieście (Brzozowa, orient!) spotkałem masę par, co ich widoki obchodziły średnio. Przyszedłem też przypomnieć sobie na co tam jest widok (bo ostatnio też nie to miałem w głowie).
Otóż widok jest na zupełnie nic ciekawego, chyba że ktoś lubi patrzeć jak samochody dostojnie oczekują powrotu kierowcy i/lub pasażerów.
O taki:
Bez sensu, ale co zrobić? Dziewczynę pochytać...
Otóż widok jest na zupełnie nic ciekawego, chyba że ktoś lubi patrzeć jak samochody dostojnie oczekują powrotu kierowcy i/lub pasażerów.
O taki:
Bez sensu, ale co zrobić? Dziewczynę pochytać...
Panie Janeczku, panie Janeczku!
Pani mówi do Pana. Słońce grzeje, Pani ma chrypkę, 50 lat z groszami i klapki. Pan najpierw udaje, że nie słyszy i w myślach liczy drobne które ma w kieszeni.
"- Panie Janeczku!
- ...
- Panie Janeczku!
- A dzień dobry, dzień dobry!
- Panie Janeczku, urodziło się!
- Co?
- Słoń w karafce.
- ..."
Lubię Warszawę.
"- Panie Janeczku!
- ...
- Panie Janeczku!
- A dzień dobry, dzień dobry!
- Panie Janeczku, urodziło się!
- Co?
- Słoń w karafce.
- ..."
Lubię Warszawę.
Whose that lipstick...
Akademik tam.
wtorek, 15 września 2009
Skwer Alojzego Pawełka, czyli jak zabłądziłem w drodze do LWW.
W ostatni piątek szedłem sobie do LWW. Odkąd mieszkam bardziej na północy, chodzę najczęściej ulicą Karolkową, która nie jest najciekawszym miejscem Warszawy jakie dane mi było zobaczyć. Toteż z niewielkim zapasem czasu postanowiłem sobie pójść inaczej i odbiłem w ulicę Szarych Szeregów. Szedłem, szedłem i szedłem. Trasa, która miała być skrótem - okazała się drogą zupełnie na okrągło. Ale! Pooglądałem sobie miejsca, których nigdy nie widziałem. I okazuje się, że między terenami pokolejowymi, a hałaśliwą ulicą Kasprzaka znajduje się cicha, zielona wysepka. Z sympatycznymi - na pierwszy rzut oka - budynkami i zupełnie uroczym skwerem Alojzego Pawełka. Alojzy Pawełek to był lekarz i jeden z pionierów polskiego skautingu. Dlatego też 20 lat temu ten uroczy skrawek zielonej Warszawy otrzymał jego imię.
Zdjęcia nie mam, bo zapas się okazał za mały (czasu w sensie) i pędziłem jak głupi na próbę, co to i tak się zaczynała 30 minut później niż myślałem.
Zdjęcia nie mam, bo zapas się okazał za mały (czasu w sensie) i pędziłem jak głupi na próbę, co to i tak się zaczynała 30 minut później niż myślałem.
poniedziałek, 7 września 2009
Bar Gdański, ulica Andersa.
"Pisałam o nich pracę na studiach. Wszystkie znam bardzo dobrze. Moim faworytem zawsze była Złota Kurka przy placu Konstytucji. Chodziłam tam do biblioteki uczyć się do egzaminów i zawsze wpadałam na obiad. Jadłam same dodatki. Marchewka z groszkiem i ziemniaki z tłuszczem. Bary to w ogóle fenomen. Do tych w Centrum przychodzą nie tylko emeryci i menele, ale i krawaciarze na lunche,. Teraz chodzę do nich bardzo rzadko. To raczej fascynacja z czasów studenckich."
Yga Kostrzewa, w ramach cyklu "Moje miasto", na łamach Akitivista.
Za około rok będę musiał wybrać między menelstwem, emeryturą i biznesem jeśli mam zamiar dalej chodzić po mleczakach. Albo zostać Ygą Kostrzewą i się ekscytować.
W każdym razie dzisiaj poszedłem w najzdrowszej fascynacji, bo wiedziony zwykłym głodem (neutralnym ideologicznie) do Baru Gdańskiego na ulicy Andersa. Zjadłem naleśniki z serem i krupnik, a jak wychodziłem to warknął na mnie jakiś pan z brodą i metalowymi kubkami.
Yga Kostrzewa, w ramach cyklu "Moje miasto", na łamach Akitivista.
Za około rok będę musiał wybrać między menelstwem, emeryturą i biznesem jeśli mam zamiar dalej chodzić po mleczakach. Albo zostać Ygą Kostrzewą i się ekscytować.
W każdym razie dzisiaj poszedłem w najzdrowszej fascynacji, bo wiedziony zwykłym głodem (neutralnym ideologicznie) do Baru Gdańskiego na ulicy Andersa. Zjadłem naleśniki z serem i krupnik, a jak wychodziłem to warknął na mnie jakiś pan z brodą i metalowymi kubkami.
niedziela, 6 września 2009
Skwer Zygielbojma
Z racji bliskości oglądam go od tygodnia codziennie. I nie chodzi o pomnik, ani o historię. Zupełnie chodzi o teraźniejszość. Otóż ktoś zastosował takie rozwiązania komunikacyjne, że teraz średnio 2-3 razy dziennie słychać trąbienie, ewentualnie awanturę ("jak jedziesz tępy chuju"). Folklor drogowy jaksiemasz.
Pałac Teppera-Dückerta
Długa 38/40. Pałac jak pałac. Siedziba Biura Praw Pacjenta przy Ministerstwie Zdrowia. Interesujące za to są figurki Czterech Wiatrów (stąd druga nazwa pałacu - Pod Czterema Wiatrami).


I to jest zabawne w kontekście tego, co znajduje się w tym budynku. Otóż rzeźby te mają miny 'nie wiem, nie znam się, zarobiony jestem', a w dodatku skrzydła na plecach sygnalizujące gotowość do zrywki w każdej chwili. W siną dal. A ten na drugim zdjęciu nabrał wody w usta.
Pacjenci muszą wchodzić bardzo pewni siebie.


I to jest zabawne w kontekście tego, co znajduje się w tym budynku. Otóż rzeźby te mają miny 'nie wiem, nie znam się, zarobiony jestem', a w dodatku skrzydła na plecach sygnalizujące gotowość do zrywki w każdej chwili. W siną dal. A ten na drugim zdjęciu nabrał wody w usta.
Pacjenci muszą wchodzić bardzo pewni siebie.
Warszawa w niedziele należy do turystów.
I to jeszcze jeden powód, dla którego nie jest to fajny dzień.
Poszedłem dzisiaj koło południa do bistro przy hotelu europejskim tak poza tym. Nikogo nie było w środku. To ja pytam gdzie są ci bohaterzy alkoholowej Warszawy?
Poszedłem dzisiaj koło południa do bistro przy hotelu europejskim tak poza tym. Nikogo nie było w środku. To ja pytam gdzie są ci bohaterzy alkoholowej Warszawy?
sobota, 5 września 2009
Plac Zabaw. Agrykola.
Chociaż to nie pierwszy sezon tego miejsca, trafiłem tam po raz pierwszy w tym roku. I muszę przyznać, że żałuję poprzednich, przegapionych lat. Los rzucił mnie na Powiśle i wcześniej czy później musiałem tam trafić. Mekka lekko dziabniętych rowerzystów, spacerowiczów i osób które 'muszą do lasu', a nie mają czasu. No i tych, co lubią poleżeć na leżakach, przytulić piwo Okocim, rzucić frisbee itd...
Miejsce znajduje się przy samej Trasie Ł, u stóp Zamku Ujazdowskiego. Oferuje dość dużą swobodę i miłe miejsce, żeby przycupnąć po wędrówce lub jeździe rowerem. Wiadomo, w nocy chłodno (a teraz to już zupełnie..), ale od czego jest bar? Pojawiają się tam bardzo różni zawodnicy i zawodniczki, wśród których można spotkać pijaniutkiego draba o złotym sercu i niesamowitych historiach, "popularnych warszawskich artystów" i kogo tam jeszcze... Szkoda, że jesień zaraz (dziwkaszmata) i trzeba będzie czekać do, jak mniemam, kolejnego czerwca, ech..
Miejsce znajduje się przy samej Trasie Ł, u stóp Zamku Ujazdowskiego. Oferuje dość dużą swobodę i miłe miejsce, żeby przycupnąć po wędrówce lub jeździe rowerem. Wiadomo, w nocy chłodno (a teraz to już zupełnie..), ale od czego jest bar? Pojawiają się tam bardzo różni zawodnicy i zawodniczki, wśród których można spotkać pijaniutkiego draba o złotym sercu i niesamowitych historiach, "popularnych warszawskich artystów" i kogo tam jeszcze... Szkoda, że jesień zaraz (dziwkaszmata) i trzeba będzie czekać do, jak mniemam, kolejnego czerwca, ech..
Najfajniejsza ławka w Warszawie.
W zasadzie ława, z kamienia. Tak naprawdę to dwie, bliźniacze. Ulica Marszałkowska, nad Trasą Ł. Fajnie jest kiedy słoneczko poświeci od rana, a potem można usiąść, odpocząć po długim spacerze tuitam. Grzać dupsko i czekać na towarzyszkę kinowych wzruszeń przy "filmie cudownym".
Bohaterka bardzo dobrego klipu.
Bohaterka bardzo dobrego klipu.
Restauracja HEKTOR.
Hektor - bohater trojański i wogóle.
Hektor - restauracja przy ulicy Świętokrzyskiej.
Zaprowadzony tam lat temu trzy (+/-) przez kol. Myszona myślałem, że idziemy do jakiejś srogiej speluny, gdzie będę bał się usiąść, nie mówiąc o zamawianiu czegokolwiek do jedzenia. Okazało się, że jest bardzo miło bo i piwko tanie i jedzenie... No właśnie. Jedzenie!
Gdyby słuchać Roberta Makłowicza we wszystkim, czego naucza byłbym człowiekiem smutnym i nudnym, bo człowiek którego ulubionym posiłkiem jest schabowy z ziemniakami to ponoć jest trefny jakiś... W dupie to mam! Schabowe 4 life. A zamówienie schabowego w Hektorze to jest przygoda nie lada. Najpierw trzeba się naprężyć mocno, żeby jedna z dwóch kelnerek wyłuskała człowieka z tłumu i przyjęła zamówienie. A tłumy tam są konkretne, bo jeść tam chodzą marynarze, czyli pracownicy biurowi z pobliskich biurowców. Zamówienie złożone, piwko wjeżdża dość szybko i jest czas żeby poobserwować potok ludzi ciągnący Świętokrzyską w obie strony, w poprzek i gdzie tam jeszcze sobie wymyślą.
A potem wchodzi największy schabowy w mieście. I jeden z lepszych.
Amen.
ps
spostrzegawczy Harry zwrócił mi uwagę, że pierwszy raz poszedłem tam w towarzystwie Myszona owszem, ale i w jego :)
Hektor - restauracja przy ulicy Świętokrzyskiej.
Zaprowadzony tam lat temu trzy (+/-) przez kol. Myszona myślałem, że idziemy do jakiejś srogiej speluny, gdzie będę bał się usiąść, nie mówiąc o zamawianiu czegokolwiek do jedzenia. Okazało się, że jest bardzo miło bo i piwko tanie i jedzenie... No właśnie. Jedzenie!
Gdyby słuchać Roberta Makłowicza we wszystkim, czego naucza byłbym człowiekiem smutnym i nudnym, bo człowiek którego ulubionym posiłkiem jest schabowy z ziemniakami to ponoć jest trefny jakiś... W dupie to mam! Schabowe 4 life. A zamówienie schabowego w Hektorze to jest przygoda nie lada. Najpierw trzeba się naprężyć mocno, żeby jedna z dwóch kelnerek wyłuskała człowieka z tłumu i przyjęła zamówienie. A tłumy tam są konkretne, bo jeść tam chodzą marynarze, czyli pracownicy biurowi z pobliskich biurowców. Zamówienie złożone, piwko wjeżdża dość szybko i jest czas żeby poobserwować potok ludzi ciągnący Świętokrzyską w obie strony, w poprzek i gdzie tam jeszcze sobie wymyślą.
A potem wchodzi największy schabowy w mieście. I jeden z lepszych.
Amen.
ps
spostrzegawczy Harry zwrócił mi uwagę, że pierwszy raz poszedłem tam w towarzystwie Myszona owszem, ale i w jego :)
Co, jak i po co.
To z całą pewnością nie będzie pierwszy tego typu blog. Ani jedyny. Ani ostatni pewnie też nie. Temat szlajania się, docierania, odkrywania i wesołych/smutnych zaskoczeń będzie się zawsze pojawiał i zawsze o tym ktoś będzie chciał napisać. To i ja sobie, prawda, popiszę.
Będzie o miejscach, w których spałem, jadłem, piłem oraz miejscach które w jakikolwiek sposób zapadły mi w pamięć.
I to nie jest turystyka miejska. Wstyd to kraść, ale turystą być to też nie najlepiej.
Będzie o miejscach, w których spałem, jadłem, piłem oraz miejscach które w jakikolwiek sposób zapadły mi w pamięć.
I to nie jest turystyka miejska. Wstyd to kraść, ale turystą być to też nie najlepiej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


